prawdziwa miłość istnieje tylko na ekranach. po wczorajszych długich rozmowach z moim wieloletnim przyjacielem obaliliśmy wiele tez, mitów, czy jak kto woli: kitów. wiele osób uważa, iż nie istnieje takie zjawisko jak przyjaźń damsko-męska. diagnoza: mylą się. istnieje. ja i michał jesteśmy tego doskonałym przykładem. znamy się tyle lat, a nigdy nie poniosło nas ani troszeczkę. ja i wiktor. podobna diagnoza. szczerze mówiąc, gdyby tak się przyjrzeć moim znajomościom to praktycznie 3\4 moich przyjaciół, tudzież znajomych jest płci przeciwnej. mam bardzo mało koleżanek. najwidoczniej lepiej czuję się z chłopakami, nie mogąc wytrzymać rozmów o tym, jakiego to "słodkiego faceta widziałam" (jak facet może być słodki?!), "jaki miał fajny tyłeczek" (boże, to jest DUPSKO!) czy "och, nie wiem, czy powinnam z nim być, jest taki nudny" (rzuć go, albo chcesz być na 100% albo w ogóle!). mężczyźni są mniej skomplikowani w kontaktach. nie muszę się zastanawiać nad tym, co mówię, bo wiem, że oni i tak zrozumieją.
jednak z biegiem czasu ta cała mania męskich przyjaźni zaczyna działać na moją niekorzyść. skoro mam z nimi tak dobry kontakt, dlaczego nie potrafię żadnego z nich zainteresować jako kobieta? nie mówię o wyglądzie, bo to dla mnie nie jest ważne. skoro jestem tak łatwa w kontaktach z nimi (bez podtekstów), dlaczego nie widzą we mnie obiektu możliwych uniesień? traktują mnie jak kumpla. bo zawsze nim byłam. zawsze, kiedy rozmawiają o jakichś "dupeczkach", strofuję ich, że to nie są "dupeczki" (OBELGA!) lecz "dziewczyny", na co oni odpowiadają, że ja nie jestem dziewczyną tylko kumplem. jak w tym popapranym filmie "Eurotrip". ja jestem tą jenny.
dlatego nie mogę z nimi rozmawiać o głębszych tematach, takich jak samotność, czy smutek, bo wiem, że dla nich to będzie zwykłe, najzwyklejsze w świecie mazgajenie się, a oni tego nie cierpią. więc z tym akurat chodzę do jedynej mojej przyjaciółki, która jest kompletnym przeciwieństwem mnie i chyba też nie rozumie, jak to jest nie mieć bliskiego człowieka na każde zawołanie.
nie chcę, żebyś ty, drogi blogspocie myślał, że snuję takie smutne i bezsensowne mameje. chcę tylko zrozumieć, dlaczego. bo nie do pomyślenia jest fakt, że rok temu byłam fontanną wszelkiej radości i szczęścia, aby teraz być zgorzkniałą paranoiczką, która na myśl o skończeniu dwudziestu lat w samotności dostaje drgawek. grr. a z tą miłością na ekranie? jest o wiele lepsza, niż w prawdziwym życiu. dlaczego? bo jest przewidywalna i nie kopie w tyłek z byle powodu.
amen.
niedziela, 17 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)