poniedziałek, 25 stycznia 2010

22 maja 2009

stoję w środku.
na około mnie biegają chmury.
i plują.

jedna kropla dla mnie,
druga dla Ciebie...
i tak w kółko.

dlaczego świat jest okrągły?
koło przecież jest takie przeciętne.
powinien być sześcianem
jak kostka rubika.
i tak przecież każdy
ustawia świat tak, jak chce.

my jesteśmy tylko
kolorowymi kwadratami
w rękach losu.

wiatr jest moim sprzymierzeńcem.
odgarnia chmury,
aczkolwiek z małą skutecznością.

krąg się zacieśnia.

są coraz bliżej.
wchodzą mi na głowę.

bum.
zgniotły mnie.

trzy chwile i dwa momenty później-
-zmartwychwstanie.



pójdę po rozum do krowy.

sobota, 23 stycznia 2010

so let`s go.

tak więc... zaliczenia uzyskane, zatem czas rzeź niewiniątek rozpocząć. w sensie SESJĘ. w sensie, po co ja to mówię?! jak jest, każdy widzi. to jest ten czas, kiedy należy myśleć fizycznie, chemicznie i biologiczno-botanicznie. ale też każdy wie, jak to będzie naprawdę. nie mam pomysłu na naukę, a dodatkowym przygnębiającym faktem jest choroba zielińskiej, która zdecydowanie pokrzyżowała jej plany towarzyskie i uziemiła w domu na ten jakże pasjonujący i zapraszający do nauki weekend.
gdyby mi się chciało, tak jak mi się nie chce, to bym tyle nie bluźniła. amen.
a propos. nie lubię kolęd. nie chodzi mi o piosenki, tylko o "duszpasterskie wizyty w domach wiernych". dla mnie to przypomina przesłuchanie gestapo. siądzie taki ubrany na czarno i pyta o wszystko, wszystkich, łącznie z zarobkami. za każdym razem mam ochotę mu powiedzieć, że nie warto pytać, bowiem z naszych domowych zarobków i tak niewiele mu się dostanie, bo nie chodzimy do kościoła, ale cóż.. jak woli. pyta, co studiuję, jakby miał mnie jeszcze kiedyś zobaczyć. może i zobaczy, ale czy wtedy sobie pomyśli "ojej, przecież to ta, co studiuje bioinformatykę!"? wielce wątpliwe. nie powinnam tyle bluźnić, no ale jakoś tak ten napis na drzwiach na mnie działa.

czwartek, 7 stycznia 2010

wolność.


nigdy nie lubiłam mnie w stanie singletowym. szlag mnie trafiał, gdy tylko wokół mnie lądowały czule migdalące się pary obojga płci. teraz jednak nie jest ten czas. coś się zmieniło. coś we mnie pękło. myślę, że po prostu przestałam...wierzyć. nie, może nie do końca dobrego słowa użyłam. przestałam szukać. tak. szukać! szukałam i co mnie spotkało? "złamane serce na wynos, proszę!!". teraz. TERAZ jest moje. robię, co chcę. na co tylko przyjdzie mi ochota. robię nawet to, na co nie mam ochoty, czego kiedyś zwykłam była nie robić. nie muszę być tym, kim jestem. mogę być tym, kim chcę być. chcę być Korbą. nie! chcę być Edie Sedgwick. tak. chcę nią być. chłonąć wolność. wdychać życie pełnią siebie. kiedyś chciałam być Sylvią. Plath. teraz myślę, jak sadomasochistyczne myślenie wtedy mnie ogarniało. jak mogło mi to przez głowę przejść?! okaleczać się?! i to w imię czego?! mężczyzny?! miłości?! nie warto. kocham mężczyzn. naprawdę. ale żaden nie jest wart jakiegokolwiek cierpienia. na to trzeba zasłużyć, a na to niektórych po prostu nie stać. nie jestem żadną wojowniczką o prawa kobiet, ani nic z tych rzeczy. jestem po prostu filozofem. teraz. w tej chwili. znasz te minuty, kiedy myślisz, że wiesz wszystko, a cały świat Ci przyklaskuje? właśnie. nie chodzi tu o pocieszanie, czy mówienie sobie, że wszystko będzie dobrze. ja wiem, że będzie. ale będzie po MOJEMU. po MOkurwaJEMU!

sobota, 2 stycznia 2010

ab ovo.

a więc nastał nowy rok. nowy, niczym nie świechtany, rok. co za ulga. miło było pożegnać poprzedni, choćby ze względu na to, że łaską to on mnie zbytnio nie obdarzył. podsumujmy zatem:
STYCZEŃ
nasuwa się studniówka. niezbyt udana. nieudany wybór partnera, udany wybór partnera zastępczego, liczba wypalonych papierosów: ogromna. pociesza mnie tylko to, że chociaż wtedy czułam się ładna. i mam nadzieję, że tak samo wyglądałam.
LUTY
uuuuurrrggghhh. walentynki. nienawidzę. każdego roku coraz bardziej. dlatego nie poświęcę temu miesiącowi ani linijki dłużej. za karę.
MARZEC
dzień kobiet. ostatni w liceum. nieuczczony, przez ignorancję naszych klasowych "mężczyzn". marzec był również miesiącem rzucania palenia. brawo. wyszło mi przez 3 tygodnie.
KWIECIEŃ
koniec szkoły. płacz i zgrzytanie zębów. koniec wspaniałej 3C i równie cudownej Queen Lucy I.
MAJ
matury. stres, bezsenność, niechęć do prasowania czegokolwiek, pęcherze poszpilkowe od ciągłego spóźniania się na egzaminy, a w rezultacie bieganiny po kostce brukowej. wyjątkowo bolesne. liczba wypalonych papierosów: PRZEogromna.
CZERWIEC
śmierć michaela. ten sam dzień był również moim pierwszym dniem pracy. bezstresowej, lekkiej, łatwej i przyjemnej. liczba wypalanych papierosów wzrastała wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury. i wyniki matury. beznadziejne. w jednej chwili marzenia poszły w niepamięć, a na ich miejsce wskoczyło pytanie "co teraz?". znalazło owo pytanie odpowiedź...
LIPIEC
....w biologii o specjalności bioinformatyka. praca, praca, praca. i on. poznany pod koniec lipca. swoim wejściem zaparł mi dech w piersiach, a uśmiechem wywołał niekończące się uczucie błogości. i..byłam "wstawiona" na kilka następnych miesięcy.
SIERPIEŃ
praca oraz jej skutków ciąg dalszy. intensywne spotkania, tarzanie się w trawie. jedzenie nieokreślonej liczby żelków oraz czekolady. liczba wypalanych papierosów: coraz niższa. i to bez żadnej presji. ilość wieczorów, w których przekonałam się, że lato również potrafi być niemiłosiernie zimne: cudaczna.
WRZESIEŃ
dokładnie koniec: poznanie ludzi, z którymi mam zaszczyt spędzić najbliższe 3 lata. cudaczni, oryginalni, inni, a przy tym niesamowicie interesujący i ... świeży. był to także miesiąc kobiecości, bowiem marysia chodziła wtedy w baletkach, spódnicach lub szpilkach. co odbiło się na jej charakterze, gdyż nie potrafiła dłużej przebywać z facetami, z którymi przebywa codziennie od kilku, a zapragnęła towarzystwa tylko jednego z ich płci.
PAŹDZIERNIK
i tak też się stało. 3 października. słonecznik w ręce, cudaczne buty na nogach, zimno na skórze, a na ustach on. i wszystko było cudownie gdyby nie....
LISTOPAD
. dokładnie 12 listopad. ten cholerny dzień niepodległości zabrał mi go sprzed nosa z najbardziej beznadziejnego powodu w historii. okazał się kłamcą, ale tego mi nie musiał mówić, bowiem dowiedziałam się o tym sama, najzwyczajniej w świecie- patrząc. widząc go. zostawił mnie, bo byłam za wesoła. życie pokazało inaczej. zdradził mnie. bał się do tego przyznać. a tym samym zaliczam go do grona największych tchórzów, jakich znam. póki co, figuruje na miejscu 1. ogólnie był to miesiąc płaczu, nikotyny i alkoholu. ilość wylanych łez: morze. ilość wypalonych papierosów: 1596584 popielniczek. ilość wypitego alkoholu: ocean.
GRUDZIEŃ
sto lat. a dokładnie już 19. nie ucieszyło mnie to zbytnio. mikołajki. wigilia w zorbie. i alkohol. i papierosy. i święta, podczas których przytyłam minimum 5 ton. i sylwester, o którym lepiej nie wspominać.


czasem wydaje mi się, że za dużo wymagam. szczęście to przecież wielkie słowo, prawda? miejmy nadzieję, że w tym roku zmniejszę je trochę w moich oczach. na tyle, aby móc tego doznać. i postaram się być na tyle dobrym człowiekiem, aby w końcu na nie zasłużyć.