wtorek, 9 marca 2010

pieprzenie trzy po trzy.

uwierz mi, że wiem, jak to jest, kiedy czujesz się nic nie wart. kiedy czujesz się opluty przez tysiące ludzi mimo, że na ciebie nie plują. jesteś niczym pomięta, zgnieciona kartka, niepotrzebna nikomu. żyjesz, bo grzechem by było nie żyć dalej mimo wszystko. snujesz się ulicą, potykasz o kostką brukową i nic cię nie rusza. kolejne kieliszki, kolejne papierosy wypalone dłużej niż zwykle, ból gardła, obtarte do krwi kostki i dłonie wysuszone chloroformem. tęskno mi do tej beztroski. wiem, że na niektóre rzeczy już sobie nigdy nie pozwolę. nie odważę się. ale z drugiej strony nie chcę być kolejną ofiarą własnego przesądu, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, bo prawie chyba na pewno możliwe, że ja raczej w to nie wierzę. szczerze mówiąc, żadna moja dotychczasowa klęska nie wzmocniła mnie ani trochę. przeciwnie. skruszyła mnie na tyle, aby wiedzieć, że nigdy więcej nie zrobię ani jednej z tych malutkich rzeczy, które do tej klęski doprowadziły. a mimo to, i tak moje postanowienia idą w zapomnienie szybciej niż powstają. cieszę się, gdy zdołam poprawić ludziom humor. rozbawić ich, sprawić, że ich mroźny dzień ozdabiany jest promykiem ciepłego światła. takie jest moje zadanie w każdej grupie, w jakiej się znajdę. ale co jest dla mnie tutaj? co? gdzie mój promień? chyba jestem histeryczką. albo maniakalną poszukiwaczką szczęścia, która nie zauważa, że to co ma przed nosem, każdego dnia może śmiało nazwać szczęściem w porównaniu z innymi, którzy nawet nie mogą sobie pozwolić na wyjście na ulicę i krzyknięcie pełną piersią `KURWA!`, na co ja mam ochotę za każdym razem, kiedy widzę, co się ze mną dzieje. jeśli tak ma wyglądać dojrzałość, to mam nadzieję, że istnieje kobieca wersja Piotrusia Pana. niech mnie ktoś uświadomi, że nie zwariowałam. bo zdaje mi się, że jak na swój wiek zbyt dużo od siebie wymagam. a chyba właśnie to jest definicją autodestrukcji, czyż nie?

1 komentarz:

  1. "Czy zwariowałaś? Tak, jesteś obłąkana, zbzikowałaś, kompletnie Ci odbiło. Ale pamiętaj, tylko wariaci są coś warci". Ciekawy przypadek: wczoraj byłem w kinie, a już dziś mogę ten cytat - bo pochodzi on z najnowszej "Alicji w Krainie Czarów" Tima Burtona - wykorzystać w praktyce.

    Owszem, wklejam go z przymrużeniem oka, ale jest w nim trafna myśl. Tylko wariaci są coś warci. Bo trzeba oczywiście doceniać to, co się ma, pamiętać, że inni nie mają nawet tyle, co my, ale też trzeba patrzeć w górę. I to chyba nie jest kwestia wieku. Jeśli definicją "wariactwa" jest nie poprzestawanie na tym co się ma, ale ciągłe wymaganie od siebie i od świata, to ja chcę być takim wariatem. Czasami nawet te oczekiwania są wygórowane, nierealne, czasami wręcz nas niszczą, ale mimo wszystko wolę to, niż popaść w jakiś marazm, poprzestać na czymś i nie chcieć już dążyć do jakiegoś celu, choćby szansa jego osiągnięcia była jedna na milion.

    Wiesz, na pierwszy (i drugi) rzut oka, nie sprawiasz wrażenia osoby ze skłonnościami autodestrukcyjnymi. Jako osoba prywatna powiem Ci, że najbardziej rzuca się w oczy to, że stale masz uśmiech na twarzy i że masz niebanalny styl. Ale jako ten, którym kiedyś będę wiem, że mamy taki organ jak mózg. I on sprawia, że nie zawsze wewnątrz jest tak samo jak na zewnątrz. Jest takie powiedzenie, że "szewc bez butów chodzi". Może ono tu bardziej pasuje...

    Chyba odniosłem się tylko do jednego aspektu Twojego tekstu, ale te Twoje wpisy są tak wielowymiarowe i głębokie, że musiałbym napisać komentarz dłuższy od posta, żeby wyrazić wszystkie swoje refleksje. A to trochę bez sensu.

    Ale definicja autodestrukcji bardzo trafna :) Zbyt duże wymagania od siebie są jedną z najczęściej spotykanych przyczyn autodestrukcji. Byłby z Ciebie niezły ten, którym ja kiedyś będę ;) (podoba mi się ta konspiracja:D)

    OdpowiedzUsuń