prawdziwa miłość istnieje tylko na ekranach. po wczorajszych długich rozmowach z moim wieloletnim przyjacielem obaliliśmy wiele tez, mitów, czy jak kto woli: kitów. wiele osób uważa, iż nie istnieje takie zjawisko jak przyjaźń damsko-męska. diagnoza: mylą się. istnieje. ja i michał jesteśmy tego doskonałym przykładem. znamy się tyle lat, a nigdy nie poniosło nas ani troszeczkę. ja i wiktor. podobna diagnoza. szczerze mówiąc, gdyby tak się przyjrzeć moim znajomościom to praktycznie 3\4 moich przyjaciół, tudzież znajomych jest płci przeciwnej. mam bardzo mało koleżanek. najwidoczniej lepiej czuję się z chłopakami, nie mogąc wytrzymać rozmów o tym, jakiego to "słodkiego faceta widziałam" (jak facet może być słodki?!), "jaki miał fajny tyłeczek" (boże, to jest DUPSKO!) czy "och, nie wiem, czy powinnam z nim być, jest taki nudny" (rzuć go, albo chcesz być na 100% albo w ogóle!). mężczyźni są mniej skomplikowani w kontaktach. nie muszę się zastanawiać nad tym, co mówię, bo wiem, że oni i tak zrozumieją.
jednak z biegiem czasu ta cała mania męskich przyjaźni zaczyna działać na moją niekorzyść. skoro mam z nimi tak dobry kontakt, dlaczego nie potrafię żadnego z nich zainteresować jako kobieta? nie mówię o wyglądzie, bo to dla mnie nie jest ważne. skoro jestem tak łatwa w kontaktach z nimi (bez podtekstów), dlaczego nie widzą we mnie obiektu możliwych uniesień? traktują mnie jak kumpla. bo zawsze nim byłam. zawsze, kiedy rozmawiają o jakichś "dupeczkach", strofuję ich, że to nie są "dupeczki" (OBELGA!) lecz "dziewczyny", na co oni odpowiadają, że ja nie jestem dziewczyną tylko kumplem. jak w tym popapranym filmie "Eurotrip". ja jestem tą jenny.
dlatego nie mogę z nimi rozmawiać o głębszych tematach, takich jak samotność, czy smutek, bo wiem, że dla nich to będzie zwykłe, najzwyklejsze w świecie mazgajenie się, a oni tego nie cierpią. więc z tym akurat chodzę do jedynej mojej przyjaciółki, która jest kompletnym przeciwieństwem mnie i chyba też nie rozumie, jak to jest nie mieć bliskiego człowieka na każde zawołanie.
nie chcę, żebyś ty, drogi blogspocie myślał, że snuję takie smutne i bezsensowne mameje. chcę tylko zrozumieć, dlaczego. bo nie do pomyślenia jest fakt, że rok temu byłam fontanną wszelkiej radości i szczęścia, aby teraz być zgorzkniałą paranoiczką, która na myśl o skończeniu dwudziestu lat w samotności dostaje drgawek. grr. a z tą miłością na ekranie? jest o wiele lepsza, niż w prawdziwym życiu. dlaczego? bo jest przewidywalna i nie kopie w tyłek z byle powodu.
amen.
niedziela, 17 października 2010
wtorek, 21 września 2010
witam ponownie.
jako że mam tonę myśli i na razie zero pomysłu na jego zesłowienie, powiem na razie:
COMING SOON.
COMING SOON.
piątek, 16 kwietnia 2010
wtorek, 23 marca 2010
alice practice.
hi
scars will heal soon
you shrug it off
except that you don't
better, it surely
it don't fall out
said,
i live low
i lisp, i die
sugar shooting
bled with deadbeats
only crawl
so your sad eyes
quite christian
blood
drop it, it's dead
we drop it
and took the body home
sad eyes
scars, i'm chopping dagger
see you'll never walk
only stagger.
sad eyes
quite christian
blood
scars will heal soon
you shrug it off
except that you don't
better, it surely
it don't fall out
said,
i live low
i lisp, i die
sugar shooting
bled with deadbeats
only crawl
so your sad eyes
quite christian
blood
drop it, it's dead
we drop it
and took the body home
sad eyes
scars, i'm chopping dagger
see you'll never walk
only stagger.
sad eyes
quite christian
blood
mam ochotę krzyczeć. bezradna. mam ochotę pójść na koncert crystal castles i podczas tej właśnie piosenki stać nieruchomo w tłumie wchłaniając każdy dźwięk i każdy jęk wokalu. nie cierpię wiosny. nie lubię, kiedy nagle następuje eksplozja radości. to mnie przytłacza. ja wtedy zasypiam. wtedy, kiedy przecież inni budzą się do życia. dla mnie jest to pora nikotynowego ciągu i kofeinowej ekstazy. mój cykl życiowy jest wtedy ograniczony do wstania rano, zrobienia, co trzeba zrobić i pójścia spać. a i tak się nie wysypiam. roznosi mnie. tkwi we mnie fizyka, jakiej nie byłam sobie w stanie nigdy wyobrazić.
dlaczego to dalej mnie gryzie? przecież miało być bezbolesne.
sobota, 13 marca 2010
wstyd--duma
przeczytałam właśnie ciekawy artykuł. w zasadzie jest to relacja czatu z księdzem na temat dziewictwa. sama zawsze się zastanawiałam, jak ktoś, kto nie ma do czynienia z seksem, bo sam się tego wyrzekł, może dawać rady na ten temat. to pytanie również się tam pojawiło. i o dziwo, człowiek odpowiedział z sensem. nie, nie jestem jakąś przeciwniczką Kościoła, ale nie lubię, kiedy księża się wymądrzają i próbują mi wmówić, że tylko modląc się co wieczór i chodząc co niedzielę do kościoła przekroczę bramy niebios. ale to był temat, który zawsze mnie intrygował. zawsze, gdy jestem w gronie znajomych jest rozmowa o seksie, facetach, blablabla i w pewnym momencie spojrzenia wszystkich spoczywają na mnie. dlaczego? bo ja nigdy nie mam nic do powiedzenia. i wtedy zaczyna się gadka... tak, jestem dziewicą. i co z tego?! nie, nie dlatego, że jestem życiową niedorajdą, której nikt nie chciał nawet kijkiem tknąć. nie! raczej z własnego wyboru. bo... ja jestem bardzo spostrzegawcza i patrzę daleko w przyszłość. będąc z chłopakiem potrafiłam zobaczyć, co będzie, jeśli to z nim zrobię. czy zacznie gadać z kumplami na ten temat, czy zacznie ze mnie szydzić. potrafiłam zobaczyć, że on i tak za jakiś czas mnie zostawi. może jestem staroświecka i z epoki kamienia łupanego, ale nie mam ochoty oddawać się komuś tylko dlatego, bo jest. on musi BYĆ przez wielkie B. nie jestem dla mnie istotne, czy to związek dwumiesięczny czy dwuletni... ja muszę to czuć. muszę wiedzieć. nie podoba mi się też, kiedy ludzie twierdzą, że robię z siebie ofiarę. wy jesteście ofiarami, moi drodzy. wy, którzy właśnie tak mnie postrzegacie. a wiecie, dlaczego? bo wstyd wam przyznać, że gdybyście mogli, cofnęlibyście czas, żeby dzisiaj z dumą opowiadać, jak do tego doszło.
link do tego artykułu
http://czat.onet.pl/1600630,1,0,archiwum_dyskusji.html
ps. nie, nie czyta tego moja mama. i ona zawsze mówi: "chłopa Ci trza". dziękuję za troskę.
link do tego artykułu
http://czat.onet.pl/1600630,1,0,archiwum_dyskusji.html
ps. nie, nie czyta tego moja mama. i ona zawsze mówi: "chłopa Ci trza". dziękuję za troskę.
wtorek, 9 marca 2010
pieprzenie trzy po trzy.
uwierz mi, że wiem, jak to jest, kiedy czujesz się nic nie wart. kiedy czujesz się opluty przez tysiące ludzi mimo, że na ciebie nie plują. jesteś niczym pomięta, zgnieciona kartka, niepotrzebna nikomu. żyjesz, bo grzechem by było nie żyć dalej mimo wszystko. snujesz się ulicą, potykasz o kostką brukową i nic cię nie rusza. kolejne kieliszki, kolejne papierosy wypalone dłużej niż zwykle, ból gardła, obtarte do krwi kostki i dłonie wysuszone chloroformem. tęskno mi do tej beztroski. wiem, że na niektóre rzeczy już sobie nigdy nie pozwolę. nie odważę się. ale z drugiej strony nie chcę być kolejną ofiarą własnego przesądu, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, bo prawie chyba na pewno możliwe, że ja raczej w to nie wierzę. szczerze mówiąc, żadna moja dotychczasowa klęska nie wzmocniła mnie ani trochę. przeciwnie. skruszyła mnie na tyle, aby wiedzieć, że nigdy więcej nie zrobię ani jednej z tych malutkich rzeczy, które do tej klęski doprowadziły. a mimo to, i tak moje postanowienia idą w zapomnienie szybciej niż powstają. cieszę się, gdy zdołam poprawić ludziom humor. rozbawić ich, sprawić, że ich mroźny dzień ozdabiany jest promykiem ciepłego światła. takie jest moje zadanie w każdej grupie, w jakiej się znajdę. ale co jest dla mnie tutaj? co? gdzie mój promień? chyba jestem histeryczką. albo maniakalną poszukiwaczką szczęścia, która nie zauważa, że to co ma przed nosem, każdego dnia może śmiało nazwać szczęściem w porównaniu z innymi, którzy nawet nie mogą sobie pozwolić na wyjście na ulicę i krzyknięcie pełną piersią `KURWA!`, na co ja mam ochotę za każdym razem, kiedy widzę, co się ze mną dzieje. jeśli tak ma wyglądać dojrzałość, to mam nadzieję, że istnieje kobieca wersja Piotrusia Pana. niech mnie ktoś uświadomi, że nie zwariowałam. bo zdaje mi się, że jak na swój wiek zbyt dużo od siebie wymagam. a chyba właśnie to jest definicją autodestrukcji, czyż nie?
wtorek, 9 lutego 2010
nie.
wiem, że życie to nie serial. wiem, że nie ma rady na to, żeby pokierować nim na tyle, by było idealne. gdyby było idealne, byłoby nudne. ale chciałabym mieć takich przyjaciół, jak ci tytułowi z serialu. czasem na moich zawodzę się tak bardzo, że żałuję, że nie potrafię im tego powiedzieć. wiem, że nie można od nich wymagać nie wiadomo jakich cudów, ale jeżeli ty jesteś dla nich, to oni powinni być dla nie, czyż nie? ja jakoś tego nie odczuwam. daję od siebie tak dużo, że czasem pogarszam tym inne sprawy. ale jestem! dla nich! zawsze! a oni? dzisiaj jak nigdy potrzebowałam towarzystwa. i tak oto siedzę, przed laptopem, gapiąc się w sufit i dziwiąc, jakim cudem mam plamę z kawy na suficie. mam ferie, a takie z nich ferie, jak...nie powiem co. jedyną moją rozrywką był dzisiejszy i będzie czwartkowy wypad do szpitala, bo usuwam to badziewne znamię z mojej twarzy. ubaw po pachy! naprawdę wolałabym spędzić ten czas z ludźmi, z którymi obiecaliśmy sobie utrzymywać kontakty. ale teraz ten kontakt opiera się tylko na głupim złożeniu życzeń na naszej klasie, czego ja osobiście niezbyt uznaję i od czasu do czasy minięciem się na ulicy.
jest tyle ludzi na świecie. i dlaczego ja muszę być sama w ten beznadziejny wieczór?
jest tyle ludzi na świecie. i dlaczego ja muszę być sama w ten beznadziejny wieczór?
poniedziałek, 1 lutego 2010
często rozmyślam. czasami nawet za często. i to mnie niszczy. liczę nie wiadomo na co. marzę wiedząc, że takie rzeczy się nie spełniają. i tylko zastanawiam się, co jeszcze mogę zrobić źle. szukam nie wiadomo czego, nie wiadomo gdzie. miłości, szczęścia, spokoju, oazy...siebie? nic już nie jest takie, jak było przedtem...ale przed czym? sama nie wiem. nic nie wiem.
powinnam się uczyć na mega ważny egzamin jutro, ale właśnie to mnie blokuje. nic nie umiem ze sobą zrobić. nie zdziwi mnie, jeśli jutro obleję. ale nie z niewiedzy, tylko z zamyślenia. tak właśnie. z zamyślenia.
jak się z tego wyrwać?
powinnam się uczyć na mega ważny egzamin jutro, ale właśnie to mnie blokuje. nic nie umiem ze sobą zrobić. nie zdziwi mnie, jeśli jutro obleję. ale nie z niewiedzy, tylko z zamyślenia. tak właśnie. z zamyślenia.
jak się z tego wyrwać?
poniedziałek, 25 stycznia 2010
22 maja 2009
stoję w środku.
na około mnie biegają chmury.
i plują.
jedna kropla dla mnie,
druga dla Ciebie...
i tak w kółko.
dlaczego świat jest okrągły?
koło przecież jest takie przeciętne.
powinien być sześcianem
jak kostka rubika.
i tak przecież każdy
ustawia świat tak, jak chce.
my jesteśmy tylko
kolorowymi kwadratami
w rękach losu.
wiatr jest moim sprzymierzeńcem.
odgarnia chmury,
aczkolwiek z małą skutecznością.
krąg się zacieśnia.
są coraz bliżej.
wchodzą mi na głowę.
bum.
zgniotły mnie.
trzy chwile i dwa momenty później-
-zmartwychwstanie.
na około mnie biegają chmury.
i plują.
jedna kropla dla mnie,
druga dla Ciebie...
i tak w kółko.
dlaczego świat jest okrągły?
koło przecież jest takie przeciętne.
powinien być sześcianem
jak kostka rubika.
i tak przecież każdy
ustawia świat tak, jak chce.
my jesteśmy tylko
kolorowymi kwadratami
w rękach losu.
wiatr jest moim sprzymierzeńcem.
odgarnia chmury,
aczkolwiek z małą skutecznością.
krąg się zacieśnia.
są coraz bliżej.
wchodzą mi na głowę.
bum.
zgniotły mnie.
trzy chwile i dwa momenty później-
-zmartwychwstanie.
pójdę po rozum do krowy.
sobota, 23 stycznia 2010
so let`s go.
tak więc... zaliczenia uzyskane, zatem czas rzeź niewiniątek rozpocząć. w sensie SESJĘ. w sensie, po co ja to mówię?! jak jest, każdy widzi. to jest ten czas, kiedy należy myśleć fizycznie, chemicznie i biologiczno-botanicznie. ale też każdy wie, jak to będzie naprawdę. nie mam pomysłu na naukę, a dodatkowym przygnębiającym faktem jest choroba zielińskiej, która zdecydowanie pokrzyżowała jej plany towarzyskie i uziemiła w domu na ten jakże pasjonujący i zapraszający do nauki weekend.
gdyby mi się chciało, tak jak mi się nie chce, to bym tyle nie bluźniła. amen.
a propos. nie lubię kolęd. nie chodzi mi o piosenki, tylko o "duszpasterskie wizyty w domach wiernych". dla mnie to przypomina przesłuchanie gestapo. siądzie taki ubrany na czarno i pyta o wszystko, wszystkich, łącznie z zarobkami. za każdym razem mam ochotę mu powiedzieć, że nie warto pytać, bowiem z naszych domowych zarobków i tak niewiele mu się dostanie, bo nie chodzimy do kościoła, ale cóż.. jak woli. pyta, co studiuję, jakby miał mnie jeszcze kiedyś zobaczyć. może i zobaczy, ale czy wtedy sobie pomyśli "ojej, przecież to ta, co studiuje bioinformatykę!"? wielce wątpliwe. nie powinnam tyle bluźnić, no ale jakoś tak ten napis na drzwiach na mnie działa.
gdyby mi się chciało, tak jak mi się nie chce, to bym tyle nie bluźniła. amen.
a propos. nie lubię kolęd. nie chodzi mi o piosenki, tylko o "duszpasterskie wizyty w domach wiernych". dla mnie to przypomina przesłuchanie gestapo. siądzie taki ubrany na czarno i pyta o wszystko, wszystkich, łącznie z zarobkami. za każdym razem mam ochotę mu powiedzieć, że nie warto pytać, bowiem z naszych domowych zarobków i tak niewiele mu się dostanie, bo nie chodzimy do kościoła, ale cóż.. jak woli. pyta, co studiuję, jakby miał mnie jeszcze kiedyś zobaczyć. może i zobaczy, ale czy wtedy sobie pomyśli "ojej, przecież to ta, co studiuje bioinformatykę!"? wielce wątpliwe. nie powinnam tyle bluźnić, no ale jakoś tak ten napis na drzwiach na mnie działa.
czwartek, 7 stycznia 2010
wolność.

nigdy nie lubiłam mnie w stanie singletowym. szlag mnie trafiał, gdy tylko wokół mnie lądowały czule migdalące się pary obojga płci. teraz jednak nie jest ten czas. coś się zmieniło. coś we mnie pękło. myślę, że po prostu przestałam...wierzyć. nie, może nie do końca dobrego słowa użyłam. przestałam szukać. tak. szukać! szukałam i co mnie spotkało? "złamane serce na wynos, proszę!!". teraz. TERAZ jest moje. robię, co chcę. na co tylko przyjdzie mi ochota. robię nawet to, na co nie mam ochoty, czego kiedyś zwykłam była nie robić. nie muszę być tym, kim jestem. mogę być tym, kim chcę być. chcę być Korbą. nie! chcę być Edie Sedgwick.

tak. chcę nią być. chłonąć wolność. wdychać życie pełnią siebie. kiedyś chciałam być Sylvią. Plath. teraz myślę, jak sadomasochistyczne myślenie wtedy mnie ogarniało. jak mogło mi to przez głowę przejść?! okaleczać się?! i to w imię czego?! mężczyzny?! miłości?! nie warto. kocham mężczyzn. naprawdę. ale żaden nie jest wart jakiegokolwiek cierpienia. na to trzeba zasłużyć, a na to niektórych po prostu nie stać. nie jestem żadną wojowniczką o prawa kobiet, ani nic z tych rzeczy. jestem po prostu filozofem. teraz. w tej chwili. znasz te minuty, kiedy myślisz, że wiesz wszystko, a cały świat Ci przyklaskuje? właśnie. nie chodzi tu o pocieszanie, czy mówienie sobie, że wszystko będzie dobrze. ja wiem, że będzie. ale będzie po MOJEMU. po MOkurwaJEMU!
sobota, 2 stycznia 2010
ab ovo.
a więc nastał nowy rok. nowy, niczym nie świechtany, rok. co za ulga. miło było pożegnać poprzedni, choćby ze względu na to, że łaską to on mnie zbytnio nie obdarzył. podsumujmy zatem:
STYCZEŃ
nasuwa się studniówka. niezbyt udana. nieudany wybór partnera, udany wybór partnera zastępczego, liczba wypalonych papierosów: ogromna. pociesza mnie tylko to, że chociaż wtedy czułam się ładna. i mam nadzieję, że tak samo wyglądałam.
LUTY
uuuuurrrggghhh. walentynki. nienawidzę. każdego roku coraz bardziej. dlatego nie poświęcę temu miesiącowi ani linijki dłużej. za karę.
MARZEC
dzień kobiet. ostatni w liceum. nieuczczony, przez ignorancję naszych klasowych "mężczyzn". marzec był również miesiącem rzucania palenia. brawo. wyszło mi przez 3 tygodnie.
KWIECIEŃ
koniec szkoły. płacz i zgrzytanie zębów. koniec wspaniałej 3C i równie cudownej Queen Lucy I.
MAJ
matury. stres, bezsenność, niechęć do prasowania czegokolwiek, pęcherze poszpilkowe od ciągłego spóźniania się na egzaminy, a w rezultacie bieganiny po kostce brukowej. wyjątkowo bolesne. liczba wypalonych papierosów: PRZEogromna.
CZERWIEC
śmierć michaela. ten sam dzień był również moim pierwszym dniem pracy. bezstresowej, lekkiej, łatwej i przyjemnej. liczba wypalanych papierosów wzrastała wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury. i wyniki matury. beznadziejne. w jednej chwili marzenia poszły w niepamięć, a na ich miejsce wskoczyło pytanie "co teraz?". znalazło owo pytanie odpowiedź...
LIPIEC
....w biologii o specjalności bioinformatyka. praca, praca, praca. i on. poznany pod koniec lipca. swoim wejściem zaparł mi dech w piersiach, a uśmiechem wywołał niekończące się uczucie błogości. i..byłam "wstawiona" na kilka następnych miesięcy.
SIERPIEŃ
praca oraz jej skutków ciąg dalszy. intensywne spotkania, tarzanie się w trawie. jedzenie nieokreślonej liczby żelków oraz czekolady. liczba wypalanych papierosów: coraz niższa. i to bez żadnej presji. ilość wieczorów, w których przekonałam się, że lato również potrafi być niemiłosiernie zimne: cudaczna.
WRZESIEŃ
dokładnie koniec: poznanie ludzi, z którymi mam zaszczyt spędzić najbliższe 3 lata. cudaczni, oryginalni, inni, a przy tym niesamowicie interesujący i ... świeży. był to także miesiąc kobiecości, bowiem marysia chodziła wtedy w baletkach, spódnicach lub szpilkach. co odbiło się na jej charakterze, gdyż nie potrafiła dłużej przebywać z facetami, z którymi przebywa codziennie od kilku, a zapragnęła towarzystwa tylko jednego z ich płci.
PAŹDZIERNIK
i tak też się stało. 3 października. słonecznik w ręce, cudaczne buty na nogach, zimno na skórze, a na ustach on. i wszystko było cudownie gdyby nie....
LISTOPAD
. dokładnie 12 listopad. ten cholerny dzień niepodległości zabrał mi go sprzed nosa z najbardziej beznadziejnego powodu w historii. okazał się kłamcą, ale tego mi nie musiał mówić, bowiem dowiedziałam się o tym sama, najzwyczajniej w świecie- patrząc. widząc go. zostawił mnie, bo byłam za wesoła. życie pokazało inaczej. zdradził mnie. bał się do tego przyznać. a tym samym zaliczam go do grona największych tchórzów, jakich znam. póki co, figuruje na miejscu 1. ogólnie był to miesiąc płaczu, nikotyny i alkoholu. ilość wylanych łez: morze. ilość wypalonych papierosów: 1596584 popielniczek. ilość wypitego alkoholu: ocean.
GRUDZIEŃ
sto lat. a dokładnie już 19. nie ucieszyło mnie to zbytnio. mikołajki. wigilia w zorbie. i alkohol. i papierosy. i święta, podczas których przytyłam minimum 5 ton. i sylwester, o którym lepiej nie wspominać.
czasem wydaje mi się, że za dużo wymagam. szczęście to przecież wielkie słowo, prawda? miejmy nadzieję, że w tym roku zmniejszę je trochę w moich oczach. na tyle, aby móc tego doznać. i postaram się być na tyle dobrym człowiekiem, aby w końcu na nie zasłużyć.
STYCZEŃ
nasuwa się studniówka. niezbyt udana. nieudany wybór partnera, udany wybór partnera zastępczego, liczba wypalonych papierosów: ogromna. pociesza mnie tylko to, że chociaż wtedy czułam się ładna. i mam nadzieję, że tak samo wyglądałam.
LUTY
uuuuurrrggghhh. walentynki. nienawidzę. każdego roku coraz bardziej. dlatego nie poświęcę temu miesiącowi ani linijki dłużej. za karę.
MARZEC
dzień kobiet. ostatni w liceum. nieuczczony, przez ignorancję naszych klasowych "mężczyzn". marzec był również miesiącem rzucania palenia. brawo. wyszło mi przez 3 tygodnie.
KWIECIEŃ
koniec szkoły. płacz i zgrzytanie zębów. koniec wspaniałej 3C i równie cudownej Queen Lucy I.
MAJ
matury. stres, bezsenność, niechęć do prasowania czegokolwiek, pęcherze poszpilkowe od ciągłego spóźniania się na egzaminy, a w rezultacie bieganiny po kostce brukowej. wyjątkowo bolesne. liczba wypalonych papierosów: PRZEogromna.
CZERWIEC
śmierć michaela. ten sam dzień był również moim pierwszym dniem pracy. bezstresowej, lekkiej, łatwej i przyjemnej. liczba wypalanych papierosów wzrastała wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury. i wyniki matury. beznadziejne. w jednej chwili marzenia poszły w niepamięć, a na ich miejsce wskoczyło pytanie "co teraz?". znalazło owo pytanie odpowiedź...
LIPIEC
....w biologii o specjalności bioinformatyka. praca, praca, praca. i on. poznany pod koniec lipca. swoim wejściem zaparł mi dech w piersiach, a uśmiechem wywołał niekończące się uczucie błogości. i..byłam "wstawiona" na kilka następnych miesięcy.
SIERPIEŃ
praca oraz jej skutków ciąg dalszy. intensywne spotkania, tarzanie się w trawie. jedzenie nieokreślonej liczby żelków oraz czekolady. liczba wypalanych papierosów: coraz niższa. i to bez żadnej presji. ilość wieczorów, w których przekonałam się, że lato również potrafi być niemiłosiernie zimne: cudaczna.
WRZESIEŃ
dokładnie koniec: poznanie ludzi, z którymi mam zaszczyt spędzić najbliższe 3 lata. cudaczni, oryginalni, inni, a przy tym niesamowicie interesujący i ... świeży. był to także miesiąc kobiecości, bowiem marysia chodziła wtedy w baletkach, spódnicach lub szpilkach. co odbiło się na jej charakterze, gdyż nie potrafiła dłużej przebywać z facetami, z którymi przebywa codziennie od kilku, a zapragnęła towarzystwa tylko jednego z ich płci.
PAŹDZIERNIK
i tak też się stało. 3 października. słonecznik w ręce, cudaczne buty na nogach, zimno na skórze, a na ustach on. i wszystko było cudownie gdyby nie....
LISTOPAD
. dokładnie 12 listopad. ten cholerny dzień niepodległości zabrał mi go sprzed nosa z najbardziej beznadziejnego powodu w historii. okazał się kłamcą, ale tego mi nie musiał mówić, bowiem dowiedziałam się o tym sama, najzwyczajniej w świecie- patrząc. widząc go. zostawił mnie, bo byłam za wesoła. życie pokazało inaczej. zdradził mnie. bał się do tego przyznać. a tym samym zaliczam go do grona największych tchórzów, jakich znam. póki co, figuruje na miejscu 1. ogólnie był to miesiąc płaczu, nikotyny i alkoholu. ilość wylanych łez: morze. ilość wypalonych papierosów: 1596584 popielniczek. ilość wypitego alkoholu: ocean.
GRUDZIEŃ
sto lat. a dokładnie już 19. nie ucieszyło mnie to zbytnio. mikołajki. wigilia w zorbie. i alkohol. i papierosy. i święta, podczas których przytyłam minimum 5 ton. i sylwester, o którym lepiej nie wspominać.
czasem wydaje mi się, że za dużo wymagam. szczęście to przecież wielkie słowo, prawda? miejmy nadzieję, że w tym roku zmniejszę je trochę w moich oczach. na tyle, aby móc tego doznać. i postaram się być na tyle dobrym człowiekiem, aby w końcu na nie zasłużyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)